poniedziałek, 6 czerwca 2016

Bukowińska i Potoki - cz. 2: Potoki

Wspominane w pierwszej części artykułu Osiedle Skocznia od wschodu ograniczone jest zielonym "urwiskiem" Skarpy Warszawskiej. Na pozór krzaczasty i niedostępny teren przecinają malownicze ścieżki, które bezpośrednio z osiedla prowadzą nas w zupełnie inny świat. Po chwili wędrówki wyłaniają nam się bowiem... wiejskie drewniane i ceglane chałupy z kwiecistymi ogrodami, rodem z dawnych mazowieckich wiosek. Co się stało? Oglądamy się niepewnie za siebie, czy aby dziura w czasoprzestrzeni nie przeniosła nas nagle o dziesiątki kilometrów i lat. Ale nie... z tyłu, ponad bujną roślinnością i gruntową ścieżką sterczą dalej bloki Osiedla Skocznia, z których przed momentem wyszliśmy. Stoimy jak wryci by po chwili ruszyć dalej, coś nas pcha w głąb tego magicznego zakątka i każe sprawdzić co ukaże się za kolejnymi zakrętami tajemniczej drogi.



   

Ten magiczny świat to relikt wioski Potoki. Wieś ta istniała tutaj od XIX wieku i - co ciekawe - prawie bez szwanku przetrwała aż do końca II Wojny. Po wojnie jednak skazano ją na tzw. śmierć techniczną poprzez zakaz remontu domów. 

Kierując się cały czas w linii spadku skarpy, dochodzimy do prostopadłej do nas gruntowej ulicy Jaśminowej. W kierunku południowym doprowadzi nas ona do skrzyżowania z również gruntowymi ulicami: Bocheńską i Potoki (w Bocheńską warto wejść, o ile teraz właśnie nią tutaj nie przyszliśmy, bo wariantów zejścia ze skarpy w omawiany rejon jest kilka - nie mniej każdy jednak powinien nas wyprowadzić na Jaśminową). To skrzyżowanie stanowi centrum dawnej wioski. Krajobraz jest sielankowy a zarazem magiczny i kontrastowy. Z jednej strony połacie łąk, tuż przy nas zabytkowe wiejskie chaty. W drugim kierunku horyzont zamyka zielona skarpa, na której wyrasta wielkomiejskie osiedle. Gdyby nie patrzeć w stronę skarpy i skupić się na najbliższym otoczeniu, zapachach, ludziach, którzy krzątają się przy swoich gospodarstwach - poczulibyśmy się jak na prawdziwych agrowczasach, nie opuszczając przy tym granic Warszawy :) 










W ramach dygresji dopowiem, że pierwszy raz w tą okolicę trafiłem niegdyś nocą podczas rowerowej tzw. Nocnej Masy Krytycznej. Nie znając wtedy ów terenów niechcący poprowadziłem wraz ze znajomym peleton w gruntową ciemną drogę. Przekleństw za nami nie było końca, ale i radości dużo gdy udało się w końcu wyjechać na oświetlony asfalt Alei Wilanowskiej :) Żeby za nudno nie było, nawierzchnia była akurat po obfitych opadach..

Przy samej ulicy Potoki uwagę przykuwa dworek pod numerem 5. Niestety, w dość przykrym stanie.


Za to w lepiej zachowanym domu pod nr 7 prezentuje nam się kapliczka z rodzaju tzw. kapliczek fasadowych.





Po przeciwnej stronie ulicy, bliżej jej końca, niepokoi budowa nowoczesnego osiedla Potoki Residence. Na szczęście jednak nie może powstać tu nic wielkiego i gmaszystego - stoimy bowiem w Warszawskim Obszarze Chronionego Krajobrazu, co narzuca deweloperom pewne ograniczenia.

Warto przespacerować się całą główną osią wsi na linii południe-północ, od Alei Wilanowskiej do ulicy Idzikowskiego, dodatkowo zbaczając we wspomnianą wcześniej ulicę Bocheńską. Idąc w kierunku północnym, po wschodniej stronie dopełnia naszą mazowiecką sielankę kolejny relikt - zielony, uroczy gołębnik.


Na wiosnę okolica uraczy nas dodatkowo kolorową przyrodą.






Warto poświęcić słoneczne popołudnie na spacer Potokami, Jaśminową i Bocheńską. Wrócimy stąd do domów zapewne z lekką zazdrością, że mieszkańcy "Skoczni" mają taką sielankę na wyciągnięcie ręki, ot choćby na spacer z psem :) Ale wrócimy też pełni wrażeń ze wszystkich zmysłów, bowiem i widoki i zapachy i odgłosy dalekie tu są od znanych nam z miejskiego zgiełku :)












piątek, 29 kwietnia 2016

Bukowińska i Potoki - cz. 1: Bukowińska

Ulica Bukowińska przez długi czas była dla mnie tylko szybkim łącznikiem rowerowym, prowadzącym w kierunku Ursynowa. W zasadzie wspominam tutaj głównie o jej nowszej części, określanej początkowo jako Nowobukowińska - powstała ona jako przedłużenie al. KEN na północ tworząc połączenie z ulicą Puławską. Choć moją uwagę przykuwało przy niej kilka obiektów, dotąd mijałem je zawsze spiesząc do ursynowskiej arterii KEN. Trzeba było to kiedyś zmienić.

Skręciłem z Bukowińskiej na wschód, wkraczając w Osiedle Skocznia, a dokładniej w duży pas zieleni pomiędzy 10 i 18-piętrowymi blokami z lat 60-tych XX wieku. Zieleń stanowi dużą część tegoż osiedla, co wiosną przyjemnie się komponuje, nawet z wysoką blokową zabudową.


 Osiedle jest swoistą mieszanką architektoniczną. Bloki bynajmniej nie są jednolite, w dodatku w sąsiedztwie zabudowy PRL-owskiej wyrosły pojedyncze budynki z lat 90-tych i późniejszych. Jednym z nich jest tzw. Dom Morski, ciekawie wpisujący się w otocznie swoją półokrągłą bryłą. Przypomina mi trochę Chartowo Tower z poznańskich Ratajów, w nieco mniejszej wersji.





















W pobliżu osiedla, przy złączeniu starej i nowej części ulicy Bukowińskiej, uwagę zwraca zielony pagórek z dziwną "altanką". Intuicja podpowiada, że przydałby się tam jeszcze dzwon.. Ta "altanka" to tzw. stupa - prostsza wersja buddyjskiej pagody.



Wisiał w niej japoński dar dla Warszawy - Dzwon Pokoju. Podobny dostało 50 miast świata - następnie równolegle w tych miastach, przy dzwonach, odbywały się uroczystości upamiętniające wybuch II Wojny Światowej oraz Światowy Dzień Pokoju. Niestety dzwon skradziono w 2002 roku. Nie odnalazł się, ale w zeszłym roku sprowadzono z Japonii replikę dzwonu, jednocześnie postanawiając o zmianie jego lokalizacji - obecnie znajduje się on przy Służewskim Domu Kultury (ul. Bacha), pod nową pagodą.

Z osiedla warto wydostać się na północ ulicą Cieszyńską by znaleźć się w mini-willowej "dzielnicy", którą stanowią ulice Czerniowiecka i Ikara. Krajobraz już inny, wielbiciele modernizmu i ładnych ogrodów znajdą tu z pewnością coś dla siebie. Do tego gratis ławki z widokiem ze skarpy :) Warto tu przybyć zwłaszcza wiosną, w porze kwitnięcia.




Wróćmy do Bukowińskiej, do jej południowej części. Tu króluje już nowoczesność w pełnym rozmiarze (choć nie tylko, o czym później się przekonamy). Pierwszym wpadającym do oczu budynkiem jest apartamentowiec o wdzięcznej nazwie: Rezydencja Pod Orłem.


Jak Pod Orłem no to musi być i Orzeł!





















...tylko co to właściwie jest i co tu robi? Pokaźna kolumna, pasująca w wyobraźni bardziej do reprezentacyjnych placów miasta, stoi pośród nowoczesnej zabudowy, z dala od głównych ulic. Coś tu na pierwszy rzut oka (a nawet na drugi) nie gra.

Teorii związanych z historią kolumny jest wiele, najbardziej przekonująca wydaje się jednak ta iż jest ona pomnikiem ofiar epidemii, jaka dotknęła mieszkańców dawnych tutejszych wsi - Szop Polskich, Szop Niemieckich oraz Potoków i pochodzi z XIX wieku. Ofiary pochowane były właśnie pod nią, ale zwłoki na początku XX wieku zostały stąd przeniesione. Oczywiście wtedy nie było orła na czubku, tylko krzyż. Niszczejąca kolumna doczekała się rewitalizacji w latach 70-tych i prawdopodobnie wtedy pojawił się na niej orzeł. Co ciekawe jest to francuski (napoleoński) wizerunek orła - ze skrzydłami zwróconymi ku dołowi. Kolejnej odnowy kolumny dokonał właściciel Rezydencji Pod Orłem, dzięki czemu możemy oglądać ją w obecnym stanie.

W sąsiedztwie kolumny znajduje się kompleks budynków Mokotów Plaza I i Mokotów Plaza II. Choć przytłaczające rozmachem (do głębi osiedla ledwo dochodzi słońce..) - trzeba przyznać, że robią wrażenie i jest w nich coś przyciągającego wzrok. Taki trochę "bukowiński Manhattan".





Tymczasem po drugiej stronie ulicy Bukowińskiej czas nie pognał tak do przodu...









 








To nie koniec kontrastów i ciekawych miejsc, jakimi może zaskoczyć nas okolica ulicy Bukowińskiej i Osiedla Skocznia. Wystarczy przejść przez owe osiedle i zamiast na Bukowińską, wyjść w drugą stronę - na opadającą ze skarpy ścieżkę, która wśród zieleni zaprowadzi nas w jeszcze inny świat. Ale o tym w części 2-giej :)

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Mon Coteau czyli... Morskie Oko

Z francuskiego jednak - "Moje Wzgórze". Tym, którzy z językiem francuskim styczność mieli, wymowa tej nazwy skojarzy się zapewne od razu z dzielnicą Mokotów - i słusznie, ale tylko poniekąd. Choć tytułowa nazwa powstała w XVIII wieku, Mokotów rodowód ma starszy i etymologicznie wywodzi się od imienia Mokot, niegdysiejszego właściciela / dzierżawcy tych ziem. Przytoczone określenie jest wtórne do nazwy wsi Mokotowo (a więc poprzednika dzielnicy), być może miało do niej nawiązywać, ale z pewnością nie stanowi jej nazewniczej genezy. Czym więc jest Mon Coteau ?

Otóż w rejonie skrzyżowania ulic Puławskiej i Dworkowej, na skarpie a także poniżej niej, rozciągał się w XVIII wieku park, a w zasadzie założenie pałacowo-ogrodowe Lubomirskich. Jako "Mon Coteau" ochrzciła go Izabela z Czartoryskich Lubomirska. W ramach założenia wybudowano także pałacyk, dziś nazywany Pałacem Szustra, choć do czasów tegoż nabywcy (wiek XIX) pałac zdążył już kilkukrotnie zmienić właścicieli, ucierpieć w wyniku działań zbrojnych oraz zmienić architektoniczny styl. Do neogotyckiego pałacyku (dziś siedziba Warszawskiego Towarzystwa Muzycznego), stojącego na samym skraju Skarpy Warszawskiej, doprowadzi nas dziś m. in. niewielka uliczka Morskie Oko.














Jeśli już o Morskim Oku mowa to dziś właśnie pozostałości owego założenia pałacowo-parkowego oglądać możemy w postaci Parku Morskie Oko. Na myśl przychodzi nam zapewne tatrzański staw o wyjątkowej urodzie, oddalony jednak o setki kilometrów. Skąd Morskie Oko tutaj ? Podobieństwa dopatrzono się w barwie jednego z parkowych zbiorników wodnych - glinianki, położonej w pobliżu ulicy Dworkowej i to najpierw do niej przylgnęła ta urocza nazwa. Glinianka o tyle jeszcze jest ciekawa, że legendy miejskie umieszczają na jej dnie wozy konne a nawet czołgi z czasów wojny :)

Zanim jednak Morskie Oko (jako park) stało się dzisiejszym Morskim Okiem, przez lata funkcjonowało jako park rozrywki Promenada, letnisko Warszawiaków obejmujące część ogrodu pałacowego poniżej skarpy. Dziś jeden ze stawów w parku (Promenada) upamiętnia swoją nazwą ten okres.

Co jeszcze odnaleźć możemy z dawnego Mon Coteau ? Przy ulicy Puławskiej stoją, przyciągające uwagę, dwie jakby "bramy", aż chciałoby się wzrokiem poprowadzić między nimi nieistniejący mur, który niegdyś je łączył. Te bramy to Domek Mauretański (od strony centrum miasta) oraz Domek Gotycki, zwany także Gołębnikiem (od strony południowej). Ciekawostką jest, że z wieży tego drugiego grany jest codziennie o 17:00 Marsz Mokotowa. 



Jest jeszcze mauzoleum samego Szustra - ładnie odnowiona kaplica z końca XIX wieku, którą odnajdziemy w parku Morskie Oko.



 Jeśli już znajdziemy się w Morskim Oku, warto spędzić czas nie tylko na podziwianiu pozostałości dawnego zespołu pałacowego Lubomirskich. Cała okolica godna jest uwagi i trudno odmówić jej uroku. Skarpa pocięta jest na tym odcinku małymi uliczkami i licznymi schodami, przy czym każde są na swój sposób niepowtarzalne. Niekiedy napotkamy na zarośnięty bluszczem dom czy modernistyczną cichą willę.

















W kwestii willi warto wybrać się w rejon ulic Chocimskiej i Willowej - odnajdziemy tu praktycznie całą kolonię unikalnych urokliwych budynków, pamiętających często lata dwudzieste XX wieku.





No i zawsze po powrocie z takiego spaceru powiedzieć możemy: oto dziś byliśmy nad samym Morskim Okiem :)



poniedziałek, 16 lutego 2015

Rozjarzone miasto neonami...

      "..., kolorowe bary kuszą nas,
        a ja idę z parasolem Alejami,
        przypominam sobie tamten czas..."

Choć w szancie tej mowa o wspomnieniach z morza, to jednak trafnie ilustruje ona również omawiany temat. Czas istotnie już niestety TAMTEN, bo obecnie z bardzo świetlanej (dosłownie) przeszłości Warszawy ostało się niewiele.

I choć dziś jeszcze niejeden spoglądając na wielkie, nierzadko oślepiające, reklamowe billboardy powie "o, ile neonów !" - mylić się będzie bardzo. Większość obecnych nocnych reklam to podświetlane halogenami lub technologią LED szyldy, które z neonowymi, fantazyjnie świecącymi rurkami nie mają nic wspólnego (ani technicznie, ani estetycznie).

Neon jest jednym z gazów szlachetnych, ale w naszym kontekście to skrótowe określenie lampy neonowej. Lampa takowa świeci pod wpływem zjawiska zwanego wyładowaniem jarzeniowym, a związanego z wymuszeniem przepływu prądu elektrycznego przez gaz szlachetny. Mówiąc krócej: do rurki wypełnionej gazem przykładamy z obu stron elektrody pod odpowiednim napięciem i gaz zaczyna świecić.




Choć lampa nazywana jest neonową, wykorzystuje się w niej nie tylko neon, ale również inne gazy szlachetne. W zależności od użytego gazu uzyskać można różne kolory świecenia. Neon jest najpopularniejszy i daje w efekcie kolor czerwony. Argon pozwala uzyskać kolor niebieski, a krypton - biały. Niektóre kolory uzyskuje się poprzez dodanie domieszek rtęci lub pokrycie rurek substancjami zwanymi luminoforami.

Lampa neonowa to wynalazek sięgający początku XX wieku, a pierwszym warszawskim neonem była prawdopodobnie... butelka piwa z napisem "porter", wytworzona przez firmę Philips, zamontowana na dachu budynku przy skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Al. Jerozolimskich w 1926 roku. Większość następnych neonów (do lat 50-tych) produkowała firma Unic-Neon. Neony od początku istnienia pełniły przede wszystkim funkcję reklamową - konkurencyjne sklepy, firmy, zakłady (zarówno większe - przemysłowe, jak i mniejsze - usługowe) prześcigały się nimi w przyciąganiu uwagi klientów. Ta konkurencyjna "walka" rozświetliła miasto, choć w sposób dość chaotyczny, to jednak efektowny. Tak widział to Tuwim w 1936 roku:

          "Rozbłyskana! Nad Polską przeleć meteorem,
            świetlistym dla poetów stań się poematem!
            Spójrz! I Wisła się dziwi, kiedy w nią wieczorem
            wbijasz ostre sztylety kolorowych świateł." 

II Wojna Światowa przyniosła zagładę, również neonową. Pozostało po niej niewiele, a odrodzenie nie było łatwe ze względu na zmianę systemu polityczno-gospodarczego - władzom komunistycznym, przeciwnym prywatnemu rynkowi, neony w swojej marketingowo-handlowej funkcji nie były potrzebne, a wręcz były niepożądane. Powstawało więc ich niewiele, a jak już to powiązane były z placówkami państwowymi.

Lata 50-te i 60-te (a więc po tzw. odwilży październikowej) przyniosły pozytywną zmianę. Nawiązanie kontaktów z państwami zachodnimi a także wpuszczenie (w pewnym stopniu) prywatnych zakładów, sklepików itp. na rynek zaowocowało ponownym rozświetleniem Warszawy. Ambicje ukazania miasta jako pozornie rozwiniętej europejskiej stolicy wprowadziły neony jako element propagandy sukcesu. Z korzyścią dla neonów, bo czas ten można nazwać zdecydowanie ich złotym okresem :) W dodatku była to tym razem (w opozycji do tej przedwojennej) starannie zaplanowana neonizacja ! Projekty neonów zlecano wybitnym artystom i projektantom, a nad harmonią z już istniejącymi neonami i otoczeniem czuwał naczelny plastyk miasta. Wykonano wręcz przemyślaną neonizację całych głównych ciągów ulicznych (np. Al. Jerozolimskich, Marszałkowskiej) ! Większość neonów tego okresu wykonało przedsiębiorstwo "Reklama", funkcjonujące zresztą aż do dziś.

Wiele z neonów miało fantazyjne kształty, napisy były stylizowane, rurki wyginano "wzdłuż i wszerz" a całość nabrała charakteru wręcz sztuki, co wyróżniało neony Warszawy na tle innych europejskich i światowych miast, w których dominowały tylko proste, zwyczajne, "drukowane" litery.




















Historia niestety znów się odwróciła i kres neonom przyniósł światowy kryzys gospodarczy lat 70-tych. Jako jeden z przejawów krachu pojawiły się okresowe niedobory energii elektrycznej. Neony poszły więc na pierwszy "ogień" wygaszania. Po przemianach ustrojowych, lata 90-te i późniejsze nie przyniosły już odrodzenia w tej materii. Na rynek weszły nowe technologie, łatwiejsze i tańsze w wykonaniu i eksploatacji. I jak to często z tym "rozwojem" bywa - tandeta zastąpiła to co wartościowe, a nową "wartością" stał się, jak zawsze, pieniądz.

To co zostało ze złotego okresu (z przedwojennego nie ostało się nic) spotkać możemy w niewielkiej ilości, przede wszystkim przy ul. Marszałkowskiej (głównie na Placu Konstytucji), Al. Jerozolimskich oraz ul. Grójeckiej.

Ktoś jednak w dzisiejszych czasach zainteresował się neonami. Niedawno powstało w Warszawie prywatne Muzeum Neonów, założone przez Ilonę Karwińską. Do kolekcji trafiło wiele neonów, których los wydawał się już zgubny. Powstało także nieformalne stowarzyszenie "Piękne neony", a archiwum projektów neonów od firmy "Reklama" przejęło Muzeum Sztuki Nowoczesnej (może zostaną kiedyś odtworzone ? :)).

Pojedyncze neony znajdują swoich prywatnych opiekunów. Tak się stało np. z neonem "Siatkarka" na Placu Konstytucji. Słynny neon z lat 60-tych, odnowiony dzięki inicjatywie artystki - Pauliny Ołowskiej, po kilkudziesięciu latach przerwy, znów "rzuca piłką" w ulicę Koszykową :) (kolejnym atutem wielu neonów jest symulacja ruchu - nie da się tego odzwierciedlić fotografią, dlatego zachęcam do własnych spacerów i "zawieszenia oka" na świetlnych instalacjach)



Bank BPH za to zajął się neonem "Kioskarz" przy ul. Marszałkowskiej :)



Grupa Orbis odnowiła neon na rogu Al. Jerozolimskich i Brackiej. Neon składa się z 1 kilometra (!) rurek !


Dzięki radnym dzielnicy Ochota oraz Muzeum Neonów, przy Grójeckiej świeci zrewitalizowany neon "Syrenka", będący niegdyś ozdobą dzielnicowej Biblioteki Publicznej (sama Biblioteka zmieniła siedzibę).


W minionym roku dzięki Muzeum Neonów odnowiony został neon "Jaś i Małgosia" z Al. Jana Pawła II, a wraz z nim do lokalu powróciła kawiarnia o tej samej nazwie - kultowa w czasach PRL-u, obecnie nowa, ale nawiązująca do swojej poprzedniczki. 

 
Sporadycznie powstają także zupełnie nowe neony. W 2009 roku na Kępie Potockiej pojawił się neon w kształcie szklanki, z której uchodzą różowe bąbelki. Ma za zadanie przypominać o przyjemności życia i wprawiać w dobry nastrój. Oficjalnie nazywa się "Światłotrysk", nazywany jest też niekiedy Neonem Szczęścia. Zaprojektowany przez Maurycego Gomulickiego a wykonany przez firmę "Reklama" - tą samą, która wykonywała neony w ich złotym okresie.


Na ścianie Urzędu Dzielnicy Wola w 2014 roku zawisnął neon "Wola oddycha". Pulsującym rytmem pokazuje, że mimo tragicznych wydarzeń podczas Powstania Warszawskiego, Wola nadal żyje.



Jak widać, nowe neony zyskują wręcz niespotykane wcześniej funkcje. Od roli marketingowej ewoluowały poprzez ozdobną i propagandową po pamięciowo-historyczną.

Jest więc jeszcze na co popatrzeć, a miejmy nadzieję że będzie jeszcze więcej :)