sobota, 23 maja 2020

Dżuma, cholera i COVID

Słowo "epidemia" wielu z nas kojarzyło się do tej pory z zamierzchłymi czasami. A to ktoś podczas wycieczki natknął się na choleryczny cmentarz, a to jakaś kapliczka w polu zwracała uwagę napisem dziękczynnym za ocalenie z morowego powietrza. Co prawda w XXI wieku dochodziły nas słuchy, a to o eboli, a to o SARS-1 - wszystko jednak na odległych nam krańcach świata i w takiej skali, która nie budziła poza danym regionem większego poczucia zagrożenia. W Polsce jedynie odra w ostatnich latach nieco przypomniała o sobie, ale poza tym nic nie wzbudzało naszej czujności w tym zakresie. Jak wiemy - obecny rok zmienił sytuację o 180 stopni.



Wróćmy jednak do czasów dawnych. Jakie choroby zakaźne nękały Warszawiaków w poprzednich wiekach? Przede wszystkim spustoszenie siały dżuma i cholera. Dwie poważne epidemie dżumy dotknęły miasto w XVII wieku (ok. 2400 ofiar śmiertelnych) oraz w kolejnym XVIII (ok. 30 000 zgonów). To do tej choroby przylgnęło słynne określenie "morowe powietrze" - potem niewłaściwie przypisywane także innych chorobom zakaźnym. Istotnie, mimo że w tamtej epoce dopiero przypuszczano możliwość przenoszenia chorób przez powietrze, określenie to okazało się dla dżumy właściwe. Warto tu zauważyć pewną kwestię - istnieje różnica między przenoszeniem chorób tzw. drogą kropelkową a drogą powietrzną, mimo że nazwy są nieco mylące - obie drogi wykorzystują bowiem powietrze jako medium transmisyjne. Różnica jest istotna, bowiem przy drodze kropelkowej zakażenie następuje przez kontakt z unoszącymi się w powietrzu zakażonymi kropelkami płynów ustrojowych. Kropelki te jednakże dość szybko opadają i nie są zdolne do dłuższego utrzymania się w powietrzu. W przypadku tzw. drogi powietrznej zakażenie następuje przez inhalację zakażonego pyłu powietrznego lub pozostałości po kroplach - drobnoustroje są więc tutaj związane z dużo mniejszymi cząstkami niż krople i dzięki temu mogą się dużo dłużej unosić w powietrzu. Nie wszystkie choroby są zdolne osiągnąć powietrzną drogę zakażania (która stanowi niejako, dużo gorsze z punktu widzenia człowieka, rozszerzenie drogi kropelkowej). Te, które potrafią to robić, poza dżumą, to np. gruźlica, odra i ospa wietrzna. W przypadku COVID - nie zostało to jednoznacznie ustalone, choć bardziej uważa się, że nie przenosi się drogą powietrzną, jedynie kropelkową.



XIX wiek to w Warszawie czas cholery. W przeciwieństwie do dżumy, gdzie wyróżnić można dwie duże epidemie, tutaj sprawa była bardziej rozlana w czasie - następowały liczne nawroty epidemii. Podczas najdotkliwszego z nich, przypadającego na lata 1852-1855, zmarło z powodu cholery ok. 5 000 mieszkańców. Z XIX wieku zachował się cmentarzyk choleryczny, położony przy torach kolejowych, w widłach ulic Starzyńskiego i Odrowąża. Skoro już przy XIX wieku jesteśmy, to nie sposób nie wspomnieć o słynnej grypie hiszpance. Tu jednak dane są skąpe i wg niektórych źródeł wydaje się wręcz, że w Warszawie przeszła ona bez większego echa - jest to jednak sprawa dyskusyjna i tak naprawdę liczba ofiar nie jest znana.


Już w tamtych wiekach doceniano potrzebę izolacji chorych. W skali ogólnowarszawskiej pomocne okazały się formacje, odgraniczające fizycznie centrum miasta. Były to zbudowane w 1624 roku, z pobudek militarnych, Wały Zygmuntowskie oraz położone nieco dalej, pochodzące z 1770 roku, Okopy Lubomirskiego. Te ostatnie miały wydzielone punkty kontroli sanitarnej. Wewnątrz miasta istniała strefa izolacyjna położona na łasze wiślanej - Kępie Polkowskiej, na wysokości późniejszej Cytadeli. Władzę w mieście podczas epidemii przejmował tzw. burmistrz powietrzny, najbardziej znanym z historii stał się Łukasz Drewno. Ciekawą profesję uprawiali wyganiacze - do nich należało wyrzucanie z miasta żebraków, prostytutek czy po prostu niechlujnie ubranych osób - czyli wszystkich tych, których uznawano za potencjalnych roznosicieli choroby. W czasie epidemii nie wolno było handlować starą odzieżą. Domy okadzano siarką i prochem, ściany skrapiano octem, okna zabijano deskami, a ulice i podłogi posypywano piołunem. Twarz smarowano dziegciem, pito też nalewki ziołowe.. Mniej sympatycznymi osobami byli tzw. mazacze dżumowi. Były to osoby, np. grabarze, widzące w epidemii możliwość większego zysku. Co robili, że zyskali tak przyjemną nazwę? Otóż, by pomóc nieco epidemii, rozcinali zwłoki i ich fragmenty, zwłaszcza mózgi, rozsmarowywali po mieście - np. po kamienicach. 



Wracając do roku 2020, spójrzmy teraz co się dzieje na biężąco. Sytuację z COVID-19 w Polsce znamy już wszyscy - liczbą zachorowań każdego dnia bombardują nas wszystkie media. Jak jednakże sytuacja wygląda w samej Warszawie? Patrząc na statystyki województwa mazowieckiego można by się obawiać, że to milionowa stolica napędza zachorowań. Tak się jednak nie dzieje! Dane dotyczące samej Warszawy, a ściślej mówiąc, powiatu warszawskiego znajdziemy na stronie Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w m. st. Warszawie - https://pssewawa.pl/. W zakładce "Komunikaty" wybrać możemy "Sytuacja epidemiologiczna na terenie powiatu m.st. Warszawy związana z koronawirusem SARS-CoV-2 wywołującym zachorowanie na COVID-19.". Każdego dnia stacja zamieszcza plik PDF z bieżącymi informacjami.



Ze strony Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej dowiadujemy się, że w samej Warszawie, na dzień 23 maja, mamy 988 potwierdzonych przypadków COVID. Stanowi to niecałe 5% zachorowań w Polsce. Liczba zgonów w Warszawie z powodu COVID wynosi obecnie 86, co stanowi ok. 9% wszystkich zgonów związanych z COVID w kraju. I, choć oczywiście absolutnie nie należy lekceważyć tej poważnej choroby, warto zauważyć, że dane te nie wyglądają źle (988 przypadków, a pamiętajmy że liczba mieszkańców Warszawy to ok. 1.8 miliona). Także wykres, sporządzony na podstawie ilości nowych dziennych przypadków, daje nadzieję iż warszawski szczyt zachorowań mamy już za sobą. Maksymalna liczba dziennego wzrostu zachorowań wyniosła 50 (15 kwietnia), średnia z rejestrowanego okresu to dla Warszawy ok. 14 nowych zachorowań dziennie. W ostatnich dniach liczba ta oscyluje między kilkoma zachorowaniami do max. 15.




Na koniec trzeba wspomnieć o tym, co poza samym strachem przed chorobą, dotknęło nas najbardziej - tzw. lock-downie miasta. Z dnia na dzień życie przestawiło się do góry nogami, musieliśmy pogodzić się z zamkniętymi restauracjami, galeriami handlowymi, kinami. Wiedząc, że wszystko w imię bezpieczeństwa, należy jednak przyznać, że mieszkańcy mądrze i zdyscyplinowanie podeszli do sprawy :) Komu w te dni zdarzyło się być późnym popołudniem lub wieczorem w centrum, ten wie jak niesamowicie puste było wtedy Śródmieście. Widoki te z pewnością przejdą do historii.




Do Internetu trafił także filmik z drona, z dobrym tłem muzycznym, nagrany nad pustą Warszawą w czasie epidemicznych ograniczeń. Puścił go w eter Damian Popławski z Pop Art Media. Dostaliśmy (my jako Warszawa i Polska ) mnóstwo pozytywnych międzynarodowych komentarzy, gdzie pochwalono nas za mądre podejście i stosowanie się do zaleceń. I choć oczywiście trzeba zauważyć, że filmik robiony był w niedzielę ok. 8:00, więc gdy ruchu i tak nigdy nie ma za dużego (no ale przecież nie aż tak jak w tym okresie!) to jednak wszyscy pamiętamy jak naprawdę puste ulice Warszawy były w czasie największych obostrzeń. A więc jak najbardziej zasłużyliśmy na dobre słowa Filmik odnajdziemy na serwerze YouTube pod adresem: https://www.youtube.com/watch?v=Wzkg8sYWBGA.


czwartek, 17 października 2019

Rezerwat Morysin

Zaplecze Wilanowa. Dawny zwierzyniec, przekształcony później w romantyczny park angielski. Od słynnego parku w Wilanowie oddziela go tylko Jezioro Wilanowskie. Niegdyś między oba parkami pływały łódki, dziś trudno tu trafić bez wcześniejszego przestudiowania mapy..


Gruntowa, błotnista droga ku rezerwatowi zaczyna się od ulicy Vogla, tuż za mostem nad Jeziorem Wilanowskim. Samochód lepiej zostawić na samym początku ścieżki, stąd czeka nas jeszcze ok. 1 km marszu. Doskonale w roli dojazdu do rezerwatu spisze się rower (ale nie kolarka ;)).


Na powyższej poglądowej mapce literką P oznaczono początek drogi do rezerwatu, zarazem dziki "parking" dla samochodów. Literka R oznacza początek rezerwatu. W tymże miejscu stoi informacyjna tablica.


Rezerwat pięknie prezentuje się zwłaszcza jesienią. Rosną tu dorodne topole i wiązy, a całość promienieje ferią barw. Zwłaszcza pięknie wygląda brzeg Jeziora Wilanowskiego.


Nie samą przyrodą jednakże człowiek żyje. W parku zachowały się pozostałości zabytkowych obiektów. Mapka z tablicy informacyjnej bez trudu zaprowadzi nas do ruin: domku stróża, pałacyku z rotundą oraz gajówki. Z wymienionych trzech zdecydowanie w najlepszym stanie, póki co, jest gajówka.




Domek stróża i pałacyk z rotundą łączy jedna ścieżka - obecnie znakowany szlak turystyczny. Do gajówki trzeba po drodze odbić w prawo, wyraźną drogą. UWAGA: nie polecam wędrówki za gajówkę, dalej tą samą ścieżką którą do niej doszliśmy. Wkrótce niknie ona bowiem w środku chaszczów, a w rezerwacie poza znakowaną trasą i boczną drogą do gajówki próżno szukać innych przejrzystych ścieżek. Chodzenie na skróty może natomiast skończyć się mocnym chaszczowaniem, łącznie z pokonywaniem wielu powalonych drzew (sprawdzone na własnej skórze).
 

Jest jeszcze jeden godny uwagi obiekt, kto wie czy nie najbardziej reprezentacyjny, związany z historycznym parkiem, aczkolwiek położony poza granicami rezerwatu. To ruiny neogotyckiej bramy na tzw. polach morysińskich. Jak do nich dotrzeć? Prowadzi tamże alejka, nieco zapuszczona, wysadzana drzewami. Na poglądowej mapce oznaczyłem ją zielonymi kreskami, a samą bramę - literą B. Dla leniwych - bramę widać też z ulicy Vogla, na poziomie pola golfowego - kto ma dobry zoom w aparacie a mniej siły w nogach, może ten fakt wykorzystać ;)


Na koniec warto wspomnieć o jeszcze jednej atrakcji rezerwatu. A w zasadzie nie tyle samego rezerwatu, co drogi do niego. Rozciąga się z niej bowiem nietypowy widok na królewski park w Wilanowie, położony "tuż obok" - oddzielony tylko wodami Jeziora Wilanowskiego. Z niecodziennej perspektywy można podpatrzeć turystów, zwiedzających jeden z obowiązkowych punktów wycieczek po Warszawie. Ciekawe ilu z nich wie, że po drugiej stronie jeziorka czekają takie tajemnice i skarby? :)




wtorek, 26 lutego 2019

Żoliborz Artystyczny

Tym razem to animowany neon dojrzany z okien autobusu skierował mnie na rekonesans w nieznane osiedle. Pokaźnej wielkości barwna instalacja przyciąga wieczorem wzrok przy ulicy Powązkowskiej.


Neon poświęcony jest Krzystofowi Komedzie, kompozytorowi jazzowemu rodem z Poznania, lecz związanego później z Żoliborzem. 

Poświęcony artystom jest z resztą cały Żoliborz Artystyczny - osiedle wybudowane w ostatnich latach przez Dom Development. Na jego teren wkraczałem niepewnie, z domyślną nieufnością. Należę bowiem do zdecydowanych przeciwników nowoczesnych, zamkniętych na cztery spusty osiedli, zabierających Warszawiakom publiczną przestrzeń. 


Myliłem się jednak! Minąwszy rowerem szlaban i kilka znaków zakazu ruchu, znalazłem się bowiem na przestrzeni wciąż otwartej, choć znajdującej się już w sercu osiedla. Duże zielone podwórze otoczone nowoczesną, ale ciekawą architekturą sprawia pozytywne wrażenie.

Chwała projektantom i inwestorom nie tylko za to - już sama nazwa osiedla cieszy oko w dobie wszechobecnej, na siłę wciskanej angielszczyzny. Oto bowiem, mimo że zamiast Królewskiego Wilanowa powstać "musiał" Royal Wilanów, na Bemowie osiedle Premium, do tego mokotowska Marina, tutaj mamy kontynuację rdzennie warszawskiej tradycji nazewniczej - Żoliborz Artystyczny doskonale wpisuje się w mapę dzielnicy obok Żoliborza Oficerskiego, Urzędniczego czy Dziennikarskiego. Wpisuje nie tylko w kontekście nazwy. Rozkład przestrzenny osiedla i podział na kolonie odnosi się wprost do świetnego, przedwojennego założenia architektonicznego - Żoliborza WSM.
















Żoliborz Artystyczny dba by w pełni zasługiwać na swoje miano i zaskarbić sobie sympatię Warszawiaków. Na osiedlu odnajdziemy różne formy artystyczne - murale, mozaiki czy rzeźby. Część z nich znajduje się na zamkniętych koloniach, ale najważniejsze stoją w przestrzeni publicznej, dla wszystkich otwartej. Niektóre posiadają obok siebie dedykowane tabliczki z wyczerpującym opisem.


Rzeźba "Księgozbiór" dokumentuje dorobek literacki Stanisława Dygata. 


Mają tu nawet swoją własną Syrenkę - Monikę, choć trochę nietypową.. 


Ta rzeźba zaś nawiązywać ma do kobiecych kształtów, a konkretnie przypominać urok Kaliny Jędrusik. Mural natomiast przedstawia Hilarego Krzysztofiaka, malarza i grafika.






Takich i innych ciekawostek starczy tu na wcale porządny spacer - warto się dobrze rozglądać i wypatrywać szczegółów. Do tego latem spacer umilą fontanny na centralnym Placu Niemena, a ciepłe wakacyjne wieczory uświetnią plenerowe pokazy kinowe w ramach Filmowej Stolicy Lata. Oby więcej takich miejsc! :)

niedziela, 7 października 2018

Kino Elektronik

W dobie dominacji multipleksów, gdy dawne mniejsze kina odchodzą często w zapomnienie, każda inicjatywa, ratująca wpisane od lat w krajobraz miasta filmowe placówki, cieszy. Jednym z takich zreaktywowanych kin jest Elektronik na Żoliborzu.



Kino Elektronik powstało w latach 70-tych i stało się częścią Zespołu Szkół Elektronicznych i Licealnych przy ul. Gen. Zajączka. Podbiło serca Żoliborzan i oferowało szeroki repertuar - oprócz seansów filmowych odbywały się tu także koncerty i spektakle teatralne. 

W 2001 roku kino zostało zamknięte na kilkanaście lat, oficjalnie z powodu złego stanu technicznego. Szczęśliwie jednak, po latach, znalazła sobie miejsce obok Warszawska Szkoła Filmowa, prowadzona przez Bogusława Lindę i Macieja Ślesickiego. To ich fundacja postanowiła odnowić dawne kino. I tak z Elektronika możemy znów korzystać od roku 2015 :) 



Po wejściu do środka uwagę przykuwają stare urządzenia filmowe produkcji słynnych Łódzkich Zakładów Kinotechnicznych (przez pewien czas noszących też nazwę Kserotechnicznych) "Prexer". Zakłady te były jedynym w Polsce producentem projektorów filmowych.

Na ścianach obecnego kina powstały zaś murale. Prezentują kadry z klasycznych filmów lat przedwojennych (nie tylko polskich). 









Skoro już w tej okolicy jesteśmy, warto zajrzeć nieopodal na ulicę Mickiewicza. Tuż przy kinie stoi pomnik Żołnierzy AK poległych w ataku na Dworzec Gdański. Elementem pomnika jest ciekawa, ceramiczna rzeźba autorstwa Ireny Nadachowskiej z lat 70-tych. Przedstawia kobietę z różą w dłoni i jest symbolem utraconych na wojnie mężów, braci, synów..



Wracając do samego kina, warto oczywiście wybrać się tam na któryś z seansów. Urokliwe sale zapewniają klimatyczny nastrój, a organizatorzy dbają o różnorodny repertuar. Swego czasu kino zachęcało do przyjścia na cykl filmów Andrzeja Wajdy, obecnie zaś trwa w nim festiwal filmowy "Przejścia".


sobota, 7 kwietnia 2018

Z wizytą u Kubusia Puchatka

Jest takie bajkowe miejsce w Warszawie, gdzie zarówno nazwa jak i architektura przenoszą nas do jakby oddzielnego małego miasteczka - a magia ta dzieje się w samym centrum Stolicy. Kto przechadzając się wieczorem Świętokrzyską nie zerknął nigdy na osi gmachu Ministerstwa Finansów w południową stronę, ten nie wie co stracił :)


Oto bowiem oczom ukazuje się widok zupełnie czarujący - pięknie oświetlona stylowymi latarniami alejka zakończona... ratuszem? Nie sposób nie zajrzeć! Wejdźmy więc na ulicę Kubusia Puchatka :)



Nazwę tę wybrały dzieci w plebiscycie zorganizowanym niegdyś przez gazetę Express Wieczorny (kto jeszcze kojarzy taką z dzieciństwa? :)). Ulica Kubusia Puchatka stanowi centralną oś większego założenia - Osiedla Kubusia Puchatka, zwanego też Osiedlem Nowy Świat Zachód. Powstało ono jako tzw. zaplecze Nowego Światu w ramach jego odbudowy po wojennych zniszczeniach. Zrezygnowano z rekonstrukcji przedwojennych oficyn i podwórzy na rzecz nowego, socrealistycznego osiedla i pasażu - prócz funkcji mieszkalnych, miał on odciążać wąskie chodniki Nowego Światu i stanowić równoległy do Traktu Królewskiego przesmyk ciągnący się aż do Alej Jerozolimskich (ostatecznie dotarł jedynie do Chmielnej).




















Skoro socrealizm to mamy oczywiście arkadowe bramy i prześwity.  Bardzo ciekawe wrażenie robi zabudowany prześwit nad ulicą Warecką - doskonale widoczny od strony Nowego Światu. Ciekawostką jest, że bloki osiedla są niższe od kamienic Nowego Światu mimo, że mają od nich jedno piętro więcej... Różnica wynika z wysokości przedwojennych mieszkań - wiernie odtworzonych w kamienicach przy Trakcie.  

Warto dokładniej się przyjrzeć budynkowi mieszkalnemu (obecnie mieści także bibliotekę), zamykającemu oś ulicy Kubusia Puchatka od strony południowej. Właściwie konia z rzędem temu, kto odgadł tak prozaiczne przeznaczenie tej reprezentacyjnej budowli :) Przecież zdawałoby się, że jest tu przynajmniej jakiś ratusz miasta!


Choć wrażenie jest tylko wrażeniem, to jednakże tutaj jest i pewne odwołanie do historii. Okolica ta istotnie była bowiem w XVII wieku miasteczkiem - aczkolwiek prywatnym, dokładniej rzecz biorąc Jurydyką Nowoświecką. Jej ratusz znajdował się całkiem nieopodal, bo pod adresem Nowy Świat 37. 

Na obecnym "ratuszu" natomiast trzeba koniecznie zwrócić uwagę na zdobienia. Wykonane zostały techniką sgraffito, a jeden z malunków jest ponoć herbem dawnej Jurydyki Nowoświeckiej - niestety autorowi artykułu nie udało się ustalić, który dokładnie - może Czytelnicy dadzą radę? :)


















Arkadowe krużganki omawianego budynku tworzą świetną oprawę dla ulicy Tuwima. W pierwotnym założeniu miały znajdować się w nich antykwariaty - całe osiedle miało być "rajem dla kolekcjonerów" z dużą ilością księgarń i sklepów specjalistycznych w parterach budynków. Choć plany nie wyszły - architektura cieszy oko :)


Skoro Kubuś Puchatek to i miód... albo w tym przypadku - Mjud, który pewnie chętnie przyjmie strudzonych spacerem po osiedlu wędrowców :)


Na koniec zaznaczyć należy, iż nie tylko o architekturze pomyślano tworząc ten uroczy zakątek Śródmieścia. Jeśli zastanowiło Was nagromadzenie zieleni a zwłaszcza drzew to nie jest to przypadek - 40 lip przyjechało bowiem tutaj ciężarówkami aż spod Szczecina! I jeszcze jeden fakt, którego uczy nas tutaj Kubuś Puchatek. Socrealizm wcale nie musi być monumentalny by zachwycał :)